Przytuliłem Rose, żeby było jej cieplej. Dziewczyna położyła mi głowę na
ramieniu. Siedzieliśmy tak chwilę, słuchając dudnienia deszczu.
-Lepiej?- spytałem, przerywając ciszę.
-O wiele. Dziękuję- odparła.
-Może zjemy te kanapki?- zaproponowałem.- Wybacz, ale nie jadłem nic od rana.
-Jasne, nie ma sprawy! To ja przepraszam. Powinnam była zapytać się
wcześniej- skarciła się i uderzyła w głowę, jak to robią głupie
blondynki na filmach. Nie oznacza to jednak, że uważam Rose za głupią.
Wręcz przeciwnie. Coraz bardziej lubiłem jej towarzystwo.
-Nic się nie stało- zapewniłem ją.
-Tylko, że kanapki są trzy, a nas dwoje...- zaczęła, ale przerwałem jej:
-Mam nóż w plecaku. Wyciągnę go i podzielimy trzecią kanapkę na pół. Proste i logiczne.
Przekroiliśmy jedną kanapkę na pół. Rose zaczęła jeść, ale ja wstałem i odtworzyłem namiot żeby wyjść.
-Gdzie idziesz?- spytała, nagle wystraszona. Uśmiechnąłem się uspokajająco i odgarnąłem jej z twarzy niesforny kosmyk włosów.
-Idę sprawdzić co z końmi. Ukryłem je w jaskini, ale mogą być trochę wystraszone.
-Wróć szybko- poprosiła. Skinąłem głową i wyszedłem.
<Rose, co robiłaś kiedy mnie nie było?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz